Za nami środowa seria gier, w którym szalenie ważne zwycięstwa zanotowały drużyny Tufi Team oraz po raz pierwszy w sezonie - Flota Active Team. Zapraszamy na podsumowanie!

Wielki Speednet – Złomowiec Gdańsk 2-1 (21-19; 22-24; 21-14)

Choć dla Wielkiego Speednetu wynik środowego spotkania nie decydował o życiu lub drugoligowej śmierci, to uznaliśmy, że nie zabraknie im determinacji do tego, by pokonać swojego rywala. Mając na uwadze jednak historię, do której gracze Marka Ogonowskiego uwielbiają nawiązywać - uznaliśmy, że Złomowca będzie stać na jeden punkt. Niezwykle blisko realizacji celu dla graczy w miedzianych strojach było już w premierowej partii, w której 'Złomki' doprowadzili w końcówce do wyrównania po 19. Końcowa faza seta to jednak dwa udane ataki Sławomira Janczaka, które zapewniły pierwszy punkt w meczu Wielkiemu Speednetowi. Wszystko wskazywało na to, że faworyt pójdzie po chwili za ciosem. Na półmetku środkowej partii prowadzili bowiem 15-12. Wówczas nieocenioną pracę dla Złomowca wykonał atakujący - Adam Śliwiński. To właśnie po jego czterech punktach z rzędu, Złomowiec wysunął się na prowadzenie 16-15. Z czasem kilkukrotnie Wielki Speednet doprowadzał do wyrównania. Pamiętacie co zakończyło pierwszego seta? To w drugim było podobnie, ale tym razem główną postacią nie był Sławek Janczak ze Speednetu, a Maciej Iwan ze Złomowca (24-22). W trzecim secie Wielki Speednet miał już dużą przewagę i pod tym kątem był to najmniej interesujący set. Złomowiec nie był bowiem w stanie powstrzymać rozpędzonego rywala, który wygrał do 14. Uważamy jednak, że jeden punkt zdobyty z tak silną drużyną to wynik, który Złomowiec powinien przyjąć z zadowoleniem (21-14).

Aqua Volley – Only Spikes 1-2 (18-21; 20-22; 21-17)

Spotkanie sąsiadów z ligowej tabeli sprawiło, że oddanie typu Redakcji sprawiło nam niemały problem. O ile gra drużyny Only Spikes w obecnej kampanii nie jest jakąś większą niespodzianką - team gra mniej więcej na takim samym poziomie i wiadomo, czego można się po nich spodziewać, tak drużyna Aqua Volley jest w obecnej kampanii jedną wielką zagadką. W kilku spotkaniach obecnego sezonu, Aqua Volley rywalizowała z ligowymi siłaczami jak równy z równym, co rozpaliło z kolei nadzieje sympatyków drużyny na to, że w dalszej części sezonu może być już tylko lepiej. Dość szybko okazało się jednak, że kiedy Aqua rywalizowała z drużynami z dołu ligowej tabeli, to miała ogromny problem z regularnym punktowaniem. Im dłużej o tym myślimy - tym bardziej dziwne i niezrozumiałe nam się to wydaje. Wracając jednak do meczu, pierwsza odsłona była bardzo wyrównana, a po ataku Adama Wołocha czarna tablica wyników wskazywała remis po 17. W końcówce po atakach skrzydłowych Only Spikes - Patryka Łabędzia oraz Adriana Schramki, to właśnie team w żółtych strojach zapewnił sobie pierwszy punkt w meczu (21-18). Choć na początku środkowej partii to Aqua Volley miała inicjatywę i po ataku Mateusza Drężka wysunęła się na prowadzenie 8-6, to z czasem team zaczął popełniać sporo niewymuszonych błędów. W konsekwencji zespół Only Spikes odrobił stratę, a w szczytowym momencie - wysunął się nawet na prowadzenie 19-14. W czwartej lidze nie ma jednak przewagi, której można nie roztrwonić. Już po chwili mieliśmy po 20, ale zespół Only Spikes zdołał finalnie przechylić szale zwycięstwa na swoją stronę (22-20). Finałową partię zapamiętamy ze... skandalicznej dyspozycji drużyny Only Spikes na zagrywce. Co to do cholery miało być? To jakiś challenge? Chcieliście pobić rekord zepsutych zagrywek w jednym secie w historii tych 4000 spotkań, o których ostatnio pisaliśmy? Przecież oddaliście w ten sposób połowę seta swoim rywalom (21-17).

Tufi Team – Bayer Gdańsk 3-0 (21-15; 21-13; 21-12)

Rany, co to jest za szalony sezon w drugiej lidze. Nudy nie ma ani w dole ligowej tabeli, ani na górze. Po szaleńczym jak dotychczas tempie czterech drużyn walczących o podium - poznaliśmy już team, który tego tempa nie wytrzymał. O ile Bayer radził sobie świetnie z drużynami z środka i dołu ligowej tabeli, to kiedy przyszło im rywalizować z mocarzami - już tacy silni nie byli. Ok - nie wiemy i nigdy się już nie dowiemy jakby team wyglądał, gdyby w bardzo ważnym momencie sezonu w ich szeregach nie zabrakło kluczowych graczy. Z drugiej strony - każdy ma mniejsze lub większe problemy. Tak czy siak - pisaliśmy przed meczami z Energą Treflem Gdańsk i Bayerem, że przed Tufi Team bardzo trudne spotkania, które pozwolą nam zrozumieć, w którym miejscu znajduje się aktualnie team Pawła Szafrana. Nie będziemy nikomu mydlić oczy. W naszej głowie nie było w zasadzie scenariusza, w którym Tufi z Treflem oraz Bayerem będzie w stanie zgarnąć komplet sześciu punktów. Dzięki temu ex-pierwszoligowiec wskoczył na drugie miejsce w ligowej tabeli, co jeszcze do niedawna wydawało się mało prawdopodobne. To co może jednak dziwić to fakt, że w środowy wieczór z Bayerem Gdańsk poszło im tak gładko. Powiedzmy sobie szczerze - 'Aptekarze' zrobili na przestrzeni ostatnich sezonów niewyobrażalny progres. Do pierwszej ligi, którą na pewnym etapie zaczęło 'pachnieć' jest jednak trochę zbyt szybko.

Wolves Volley – DSGSA 2-1 (21-18; 21-12; 18-21)

Królowie memów - żebracy parkietów. Czy jesteśmy tym przesadnie zaskoczeni? Nie. Z drugiej strony warto chyba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Prawda dziś jest taka, że nazwa DSGSA nie robi już na nikim większego wrażenia. Dziś rywale nie mają przed meczem z nimi pełnych portek, a zamiast tego mają pełno pomysłów jak swoich rywali opędzlować. Na półmetku seta wszystko wydawało się przebiegać po myśli graczy w bordowych strojach, którzy prowadzili 10-6. Z każdą kolejną akcją ekipa 'Wilków' coraz bardziej rosła. Bardzo dobrze w końcówce sprawowali się przede wszystkim Tomasz Głębocki oraz na zagrywce - Wojciech Wieczorek (21-18). Drugi set? Rany - nie pamiętamy, kiedy zespół DSGSA dostał takie lanie. Po świetnej skuteczności w ataku Tomka Głębockiego, zespół 'Wilków' objął prowadzenie 11-7. Po kilkudziesięciu latach życia poznaliśmy prawdziwe znaczenie bycia 'głodnym jak wilk'. Okazało się bowiem, że wynik 11-7 nie nasycił drużyny Krzysztofa Mrożka. Ci cisnęli swojego rywala dalej, a pod koniec seta prowadzili już 19-11. Rany - cóż za granie, cóż za forma. Trudno nie uciec od myśli, że gdyby 'Wilki' nie pokpiły początku sezonu, to dziś mogliby grać o podium rozgrywek (21-12). Drużynie DSGSA pozostała walka o nagrodę pocieszenia w postaci trzeciego seta. Ostatecznie po wyrównanej partii - ostatni punkt zasilił konta DSGSA. Trudno z ich perspektywy mówić jednak o jakiejkolwiek satysfakcji. W środowy wieczór to zwierzyna polowała na myśliwego.

Flota Active Team – DHP Oliwa 2-1 (21-17; 12-21; 21-17)

Po ubiegłotygodniowym zwycięstwie DHP Oliwy ze Złomowcem Gdańsk, to właśnie drużynie z 'serca Gdańska' dawaliśmy więcej szans na zwycięstwo w środowym starciu. Ich rywalem była bowiem drużyna Floty Active Team, która w obecnej kampanii nie zdołała ani razu wygrać i zamykała ligową stawkę. Co więcej - w którymś z pierwszych magazynów w obecnym sezonie, pokusiliśmy się o tezę, że nie ma takiej możliwości, że Flota Active Team zdoła utrzymać się na drugoligowej powierzchni. Z czasem ich gra zaczęła wyglądać jednak coraz lepiej, drużyna zgrywała się coraz bardziej, a wspólne treningi zaczęły przynosić efekt. Flota w kolejnych meczach nie odstawała aż tak rażąco od rywali, a wczorajszy mecz był tego zwieńczeniem. Dzięki zwycięstwu zespół Karoliny Kirszensztein uciekł ze strefy śmierci i ich szanse na utrzymanie bardzo mocno wzrosły. To na co musimy zwrócić jeszcze uwagę to fakt, że dwie drużyny pod nimi - Dream oraz Team Spontan rozegrały o co najmniej jeden mecz mniej. Wszystko rozstrzygnie się w ostatnich spotkaniach sezonu, a wczorajszy mecz tylko podsycił tę niepewność. Gdyby bowiem wygrała DHP Oliwa - byłoby już raczej pozamiatane. Pierwszy set rywalizacji to jednak wyraźna przewaga Floty, która po trzech blokach z rzędu Kacpra Kwidzińskiego, wysunęła się na prowadzenie 15-10 i nie miała problemu z wygraniem seta do 17. Środkowa partia to z kolei set, w którym Oliwa rozstrzelała swoich rywali w polu serwisowym. W ten sposób team w krótkim odstępie czasu zdobył aż... sześć punktów. To z kolei wybiło Flocie myśl o odrabianiu strat. Nie było po prostu z czego. Finałowa odsłona to partia, w której Flota ustabilizowała przyjęcie, a to błyskawicznie przyniosło pożądany efekt (10-6). Choć z czasem Oliwa zdołała zniwelować stratę do jednego punktu (14-13), to końcówka należała do Floty (21-17).

MiszMasz – Challengers 0-3 (13-21; 18-21; 9-21)

Nie wiemy, czy nie popełniliśmy strategicznego błędu. Jakiś czas odtrąbiliśmy już to, że był to naprawdę udany sezon dla MiszMaszu, który może już świętować utrzymanie w trzeciej klasie rozgrywkowej. Od tamtego czasu zespół Rafała Wróblewskiego został jednak poskładany przez Remedios, a wczoraj wieczorem - przez Challengersów. Co gorsze - na sześć możliwych do zdobycia punktów, MiszMasz zdobył całe... zero. Jakby tego było mało, drużyny z dołu ligowej tabeli punktowały, a sytuacja MiszMaszu z bardzo dobrej momentalnie stała się niepokojąca. W pierwszym secie rywalizacji zespół w butelkowych strojach podjął walkę, ale tylko do połowy seta (11-10). Druga część to już popis wicelidera, który wygrał partię do 13. Zdecydowanie najlepiej zespół Rafała Wróblewskiego zaprezentował się w drugim secie rywalizacji. Oczywiście nie było w nim ani momentu, w którym wygrana Challengersów byłaby zagrożona. Wynik 21-18, wygląda z perspektywy MiszMaszu okej, ale prawda jest taka, że to w dużej mierze zasługa niezłej końcówki. Ostatni set rywalizacji to partia, w której byliśmy świadkami mordobicia. Zaczęło się od stanu 9-3, a z czasem wicelider nie zdejmował nogi z gazu i zdemolował swojego rywala do 9. Dzięki zwycięstwu zespół Wojciecha Lewińskiego jest już o włos od bezpośredniego awansu do drugiej ligi - brawo!

Old Boys – Merkury 1-2 (9-21; 14-21; 21-18)

Ostatnia prosta w drodze do mistrzostwa. W swoim ostatnim meczu w rundzie zasadniczej, Merkury rywalizował z drużyną, która do niedawna zajmowała ostatnie miejsce w ligowej tabeli i co tu dużo mówić - ekipie, w której widmo spadku do drugiej ligi jest wręcz namacalne. Początek spotkania tylko to potwierdził, a Merkury nie miał problemu z tym, by wysunąć się na kilkupunktowe prowadzenie (10-6). Jak się z czasem okazało, w dalszej części seta ich przewaga stawała się już tylko większa (21-9). W drugim secie rywalizacji, Old Boysi postawili się nieco bardziej. Trudno nam jednak przesadnie chwalić drużynę, bo jedynie na co było ich stać, to zniwelowanie na chwilę straty do jednego punktu (13-12). W dalszej części team z Pruszcza Gdańskiego popełnił jednak kilka błędów w krótkim odstępie czasu, po których Merkury prowadził już 19-13, a następnie - zapewnił sobie drugi punkt w meczu (21-14). W trzecim secie Merkury przekonał się, jak ważne i trudne jest utrzymanie koncentracji. Gracze Piotra Peplińskiego uznali bowiem, że nic im już nie grozi, a bardziej niż tym, co się działo na parkiecie, byli zainteresowani demontażem płyty w ścianie, pod którą był ukryty telefon jednego z zawodników drużyny Speedway AWKS. Pół żartem - pół serio, ale coś w tym jest. Mimo prowadzenie 9-5, Merkury nie zdołał pójść za ciosem i w samej końcówce dali sobie wydrzeć zwycięstwo w secie z rąk (21-18). Z perspektywy Old Boysów ten jeden punkt może 'ważyć' bardzo dużo. Z Merkurego - w co wątpimy też.

Fux Pępowo – BEemka Volley 3-0 (21-18; 21-10; 22-20)

Choć nie pisaliśmy tego tak dosadnie, to powiedzmy sobie wprost - przed środowym spotkaniem, Fux Pępowo znajdował się w tragicznym, katastrofalnym i beznadziejnym położeniu. Nie będziemy Was prosić o to, aby niepotrzebne skreślić, bo tu wszystko pasuje jak ulał. Dodatkową nieciekawą informacją dla drużyny 'Koniczynek' było to, że w środowy wieczór mierzyli się z faworyzowaną BEemką Volley. Choć do półmetku premierowego seta wszystko z perspektywy BEemki układało się dobrze (10-7; 15-11), to w drugiej części seta zespół, który zagwarantował już sobie grę w grupie mistrzowskiej zanotował długi przestój. Chwilę słabości błyskawicznie wykorzystali gracze z Pępowa, którzy po atakach Kacpra Długińskiego zapewnili sobie pierwszy punkt w spotkaniu (21-18). Druga odsłona to... sportowa katastrofa w wykonaniu BEemki Volley. Set rozpoczął się od stanu 10-3, a pokiereszowana problemami kadrowymi BEemka nie była w stanie nawiązać walki i choć ciałem była na boisku, to mentalnie byli z pewnością gdzieś indziej. To była z kolei woda na młyn dla graczy z Pępowa, którzy jeśli w obecnym sezonie przeżywali takie momenty, to byli raczej po drugiej stronie. To oni byli bici, a nie na odwrót (21-10). BEemka przebudziła się w trzecim secie rywalizacji - tak się przynajmniej do pewnego momentu wydawało. Pod koniec finałowej partii prowadzili bowiem... 18-14 i absolutnie nic nie wskazywało na to, że już za chwilę się pogubią. Wystarczyły jednak dwa błędy, aby Fux poczuł krew. Już po chwili team Dominika Szadacha doprowadził do wyrównania po 20 i chwilę później - zapewnił sobie trzeci punkt w meczu, brawo!

Feniks Gdańsk – TKKF Flota 2-1 (22-20; 24-22; 16-21)

Są drużyny w lidze, które choć miałyby sportowe argumenty do tego, by awansować, to z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn zaczynają z czasem gubić punkty. Zastanawiamy się, czy do wspomnianej grupy nie zalicza się również Feniks Gdańsk, który w obecnej kampanii potrafił ogrywać teoretycznie silniejsze drużyny. Kiedy jednak team rywalizuje z drużynami z dołu ligowej tabeli - można mieć pewność, że pogubi punkty. Ba - wczoraj było niezwykle blisko tego, że team Łukasza Dubickiego przegrałby sensacyjnie z TKKF Flotą. W poważnych tarapatach zespół w czarnych trykotach był dwukrotnie - w pierwszym oraz drugim secie rywalizacji. Choć po dwóch błędach z rzędu Floty, 'Mityczny Ptak' wysunął się na prowadzenie 16-12, to z czasem gra obu drużyn się wyrównała. W końcówce mieliśmy nawet remis po 20, ale w kluczowym momencie więcej zimnej krwi zachowała finalnie drużyna Łukasza Dubickiego (22-20). To jak wyglądało spotkanie nie było przypadkiem. TKKF Flocie w całym spotkaniu udało się zatrzeć różnice, które jeszcze chwilę przed spotkaniem wydawały się oczywiście. Precyzując - Flota prezentowała się bardzo dobrze i po asie serwisowym Mateusza Wilczewskiego, objęła prowadzenie 14-12. Dalsza część seta to niezwykle wyrównana partia, w której drużynie TKKF nie udało się wykorzystać piłki setowej. Ostatecznie po atakach Łukasza Dubickiego i błędzie jednego z rywali - drugi set padł łupem Feniksa (24-22). Przebieg dwóch pierwszych setów mógł wzbudzać w uczestnikach meczu poczucie niesprawiedliwości. Uważamy bowiem, że Flota zasłużyła na co najmniej jednego seta. To co nie udało się drużynie Karoliny Kirszensztein wcześniej, team dokonał w trzecim secie ogrywając rywala do 16 i pozostawiając po sobie bardzo dobre wrażenie.