Za nami dwudziesty dzień meczowy w sezonie Jesień'26. Z bardzo dobrej strony pokazała się wczoraj ekipa Chilli Amigos, która niespodziewanie ograła faworyzowaną ekipę Kraken Team. Na szczycie pierwszej oraz trzeciej ligi umocniły się ekipy Merkurego oraz Krakena. Zapraszamy na podsumowanie!

Sharks – Audiofon Karczemki 0-3 (11-21; 10-21; 9-21)

Rany. Wiedzieliśmy, że Sharksi nie będą faworytem tego spotkania. Z drugiej strony zespół Pavlo Kudinowa w poprzednich spotkaniach potrafił zaprezentować zdecydowanie więcej. Czasami udawało im się nawet zdobyć punkt, a w środowy wieczór było po prostu bardzo źle. Podpisujemy się rękami i nogami pod tezą, którą postawiliśmy kilkanaście dni temu. Sharksi zmierzają nieuchronnie na górę lodową i w naszej ocenie nie ma już dla nich ratunku. Czego by drużyna nie zrobiła, to za chwilę dojdzie do zderzenia z górą lodową, po której nastąpi spadek do czwartej ligi. Temat jest dziś tak poważny, że nawet gdyby z ligi wycofało się kilka drużyn, to wolelibyśmy awansować z czwartej ligi więcej drużyn, a nie utrzymywać na siłę Sharksów na trzecioligowej powierzchni. A Audiofon? Cóż można napisać - zespół nieobecnego w środowy wieczór Roberta Mielewczyka zrobił w środowy wieczór swoje. Miały być trzy punkty i z tego obowiązku Audiofon wywiązał się doskonale. Dzięki zdobytej pełnej puli, zespół w biało-czerwonych barwach wskoczył na trzecie miejsce w ligowej tabeli, co otwiera drużynie drogę w walce o podium rozgrywek. Choć nie jest to wygodna dla Sharksów sprawa, to w naszej ocenie łatwiej niż w środowy wieczór już nie będzie.

Kraken Team – Chilli Amigos 1-2 (21-18; 17-21; 11-21)

Mecz do meczu, punkt do punktu i Chilli Amigos zdaje się być coraz bliższe utrzymania w trzeciej lidze. Kiedy kilka tygodni temu zaproponowaliśmy 'Amigos' grę w trzeciej lidze ci przyjęli tę ofertę, ale w obozie Chilli pojawiły się wówczas pewne wątpliwości. Czy aby na pewno jesteśmy gotowi? Cóż - nie wiemy jeszcze jak potoczy się ten sezon, ale po sześciu rozegranych spotkaniach chyba wszyscy z drużyny zgodnie powiedzą, że było warto. Chilli Amigos choć nie jest najsilniejszą drużyną w trzeciej lidze, to jednak 'dowozi'. Pierwszy set rywalizacji to ułożył się jednak lepiej dla Krakena, który wysunął się na prowadzenie 13-9. Choć po świetnej zagrywce Mateusza Sypniewskiego 'Amigos' wyrównali a nawet sami wysunęli się na prowadzenie 15-13, to końcowa faza seta była już dominacją wielkiego faworyta meczu, który wygrał premierową partię do 18. Porażka mimo prowadzenia nie zniechęciła bynajmniej drużyny Pawła Kalety. Po wyrównanej pierwszej części seta (11-11), to właśnie gracze w czerwonych strojach wysunęli się na prowadzenie 14-12. Warto podkreślić, że rewelacyjnie w tym fragmencie gry sprawował się Krzysztof Horeczy. W dalszej części Kraken Team próbując odrobić straty popełnił kilka błędów, w konsekwencji których, 'Amigos' wygrali tę partię do 17. Decydujący o zwycięstwie set to absolutna dominacja beniaminka trzeciej ligi. Już na początku seta gracze w czerwonych strojach zniszczyli wręcz swoich rywali w aspekcie psychologicznym, wysuwając się na prowadzenie 12-5. Tego nie dało się już odrobić. Nie z tym mentalem. Nie z tym nakręconym rywalem. Ostatecznie po absolutnej dominacji Chilli Amigos wygrali tę partię do 11, co wpisuje się w swoistą 'samospełniającą się przepowiednię'. W zapowiedziach pisaliśmy, że Kraken Team ma szansę na skompletowanie hattricka z beniaminkami i istotnie tak było.

Kraken – ZB INSTALGROUP 3-0 (21-10; 21-17; 21-6)

Ojojoj, ależ to było lanie. Czy nas to jakkolwiek zaskoczyło? Ani trochę. Dystans, który dzieli obecnie Krakena z ZB INSTALGROUP jest po prostu kosmiczny. To jest przepaść. To jest rów mariański. W czasie gdy Kraken jest na Mount Everest, ZB INSTALGROUP szoruje po dnie rowu mariańskiego. Dominacja 'Bestii' rozpoczęła się już w pierwszym secie rywalizacji, kiedy po ataku Sergieja Ivanenko, faworyt wysunął się na prowadzenie 7-1. Z czasem po bloku Mateusza Filipczyka, ZB mógł mieć nadzieję na to, że premierowa partia nie będzie dla nich tak zła (11-8). Druga część seta to jednocześnie druga fala ataków Krakena, wobec której zespół przeciwny był całkowicie bezradny (21-10). Jeśli któregoś z setów drużyna Tomasza Bobcowa miałaby się nie wstydzić, to byłaby to środkowa partia. Do połowy seta zespół Tomasza Bobcowa dotrzymywał bowiem kroku swoim rywalom i doprowadził do stanu 12-12. Nie ma się co jednak oszukiwać - zdecydowanie więcej jakości było po drugiej stronie siatki, co wraz z kolejnymi akcjami zostało udowodnione. Po atakach przyjmujących w końcówce - Pawła Shylina czy Volodymyra Krolenko, Kraken zapewnił sobie drugi punkt w meczu (21-17). Dawno nie krytykowaliśmy ZB INSTALGROUP, a jeśli już tak - to nie w tak dosadny sposób. Był po prostu czas, że ci zniknęli z naszych radarów, a obrywało się innym. Tu nie możemy jednak przejść obojętnie. Nie wobec tego, co wydarzyło się w trzecim secie rywalizacji, gdzie team Tomasza Bobcowa zaprezentował się...żałośnie. Tu nie zgadzało się absolutnie nic. Z czasem zespół przestał wykazywać jakiekolwiek zainteresowanie wynikiem i był to bardzo przykry widok. Rozumiemy - można przegrać, ale styl z trzeciego seta sprawia, że gracze ZB INSTALGROUP powinni mieć dziś prawdziwy niesmak spogladając w lustro. Zero woli walki to rzecz, na którą nigdy nie przymkniemy oka (21-6). A Kraken? Kolejne zwycięstwo za komplet punktów, które dało im fotel lidera trzeciej ligi - brawo!

MiszMasz – Tiger Team 2-1 (21-12; 13-21; 21-17)

Trzecioligowe starcie pomiędzy MiszMaszem a Tigerem było przez nas anonsowane jako jedno z najciekawszych wydarzeń szóstego tygodnia rozgrywek. Czy tak faktycznie było? Cóż - nie będziemy pudrować. Mecz nie stał na najwyższym poziomie sportowym. Pierwszy set rywalizacji to absolutna dominacja MiszMaszu, który wykorzystał ogromne problemy z przyjęciem i w konsekwencji - atakiem rywali (10-6). W dalszej części było już 14-6 i wówczas było jasne, że MiszMasz już tego nie wypuści (21-12). Środkowa partia od samego początku nie układała się po myśli drużyny, która dopiero co wygrała premierową odsłonę. Ewidentnie - karta nie sprzyjała tym razem MiszMaszowi, który po ogromnych pretensjach do sędzi prowadzącej zawody, przegrywał w stosunku 7-14. W dalszej części zespół Rafała Wróblewskiego nie był już w stanie odwrócić niekorzystną dla siebie sytuację i w konsekwencji przegrał te partię do 13. Wyniki dwóch pierwszych setów sprawiały, że całkowicie zgłupieliśmy. Przed trzecim setem nie mieliśmy absolutnie żadnej pewności, w którą to wszystko pójdzie stronę. Tym razem wyraźnie lepiej w seta weszli weterani trzeciej ligi, którzy po ataku Andrzeja Lubańskiego, objęli prowadzenie 15-9. Choć rywal próbował jeszcze odkręcić sytuację, to na interwencję było już za późno (21-17)

Aqua Volley – Staltest Pomorze 0-3 (18-21; 16-21; 17-21)

Patrząc na to, jak w obecnej kampanii radziły sobie obie drużyny, miało to być z założenia absolutnie jednostronne widowisko. Osoby, które dokopują się jednak do czwartoligowych szczegółów wiedziały, że Aqua Volley jest w stanie postawić się faworyzowanym rywalom. Kiedy stało się jasne, że na mecz spóźni się absolutny lider Staltestu oraz całej czwartej ligi - Jan Ciupa, akcje Aqua Volley zdecydowanie zyskały na wartości. Do połowy seta zespół Mateusza Drężka prezentował bardzo solidną siatkówkę, która pozwoliła im na wyrównaną grę z wielkim faworytem (9-9). Z czasem po bloku Piotra Krzyżaniaka uwypukliła się przewaga drużyny w seledynowych strojach (15-11) i choć z czasem została ponownie zniwelowana (19-18), to ostatnie słowo w secie należało do drużyny Arkadiusza Kozłowskiego (21-18). Środkowa odsłona rozpaliła nadzieję drużyny Aqua Volley. Po błędzie na zagrywce Jakuba Roszyka, Aqua prowadziła bowiem 13-12. Kiedy z perspektywy drużyny z czołówki ligowej tabeli zrobiło się niepokojąco, podkręcili oni tempo w czym duży udział miał najlepszy gracz spotkania - Robert Rzoska (21-16). Ostatni set wyglądał niemal identycznie. Po asie serwisowym Krzysztofa Śliwińskiego, zespół w biało-błękitnych strojach wysunął się na prowadzenie 10-7. Po chwili serie punktów zdobył jednak faworyt, który po dwóch atakach Kuby Roszyka zapewnił sobie trzeci punkt w meczu (21-17).

Speednet – Merkury 0-3 (14-21; 19-21; 15-21)

Czy ta maszyna się kiedyś zatrzyma? Szóste spotkanie w obecnej kampanii - szóste zwycięstwo 'Planetarnych' i piąty komplet punktów. Po zwycięstwie ze Speednetem za pełną pulę, Merkury ma już cztery punkty przewagi nad wiceliderem, a to z kolei oznacza, że na niespełna półmetku ligowych zmagań, zespół Piotra Peplińskiego zdołał wypracować sobie margines błędu. Nawet jeśli się z czasem potkną, to może obejść się to bez konsekwencji. W tych rozważaniach warto zwrócić uwagę również na to, że przecież goniący ich rywale, chcąc zmniejszyć dystans musieliby grać doskonale. Prawda na dziś jest jednak taka, że nikt w lidze nie gra obecnie tak dobrze jak pięciokrotni Mistrzowie Inter Marine SL3. Już na początku spotkania mieliśmy tego dowód. Po kilku punktach aktywnego Macieja Mozola, Merkury wysunął się na prowadzenie 17-11. Tak dużej straty nie dało się już rzecz jasna odrobić (21-14). Na pierwszy rzut oka, środkowa partia była tą najbardziej wyrównaną. Cóż - tak naprawdę wyglądało to nieco inaczej. Przez zdecydowaną większość seta to Merkury prowadził grę. Pod koniec prowadził już 20-14, ale przez pięć kolejnych akcji nie mógł dobić rywala. Ostatecznie po punkcie środkowego - Pawła Dolaka, Merkury postawił kropkę nad 'i' (21-19). Porażka w dwóch pierwszych setach ewidentnie podcięła skrzydła Speednetowi, który w trzecim secie nie był w stanie zagrozić drużynie w granatowych strojach, przegrywając ostatecznie do 15, a cały 0-3.