Pogłębia się kryzys MPS-u Volley, który przegrał kolejne spotkanie - tym razem z Volleyem Gdańsk. W zupełnie innych nastrojach halę Ergo Arena opuszczała najmłodsza drużyna ligi - Energa Trefl Gdańsk, która ograła GKS Żukowo Bekoni. Zapraszamy na podsumowanie!

Energa Trefl Gdańsk – GKS Żukowo Bekoni 2-1 (18-21; 28-26; 21-18)

Tak na nasze, to z tej mąki chleba już nie będzie. Niby sympatycy Bekoni wiedzieli, ale jednak się łudzili. Mowa oczywiście o ambicjach GKS Żukowo Bekoni dotyczących awansu do pierwszej ligi. Takie były plany, bo realia wyglądają tak, że zespół Pawła Dawczaka rozegrał w obecnym sezonie pięć spotkań i w żadnym z nich, nie udało im się wygrać za komplet punktów. Poniedziałkowe spotkanie lepiej rozpoczęła najmłodsza drużyna w lidze. Po kilku atakach w out drużyny z Żukowa, Trefl objął prowadzenie 7-2. Z czasem w grze 'gdańskich lwów' coś się zacięło, a rywale doprowadzili do wyrównania po 13. W dalszej części to Energa Trefl Gdańsk popełniała sporo błędów, co kosztowało ich pierwszy punkt w meczu (21-18). Środkowa partia to zdecydowanie najciekawszy set w meczu. Jeszcze pod koniec seta wszystko wskazywało na zwycięstwo dwukrotnych Mistrzów Inter Marine SL3. Po kiwce Sebastiana Rydygera (18-15) w zespole 'Bekoni' nastąpiła taka eksplozja radości, że uznaliśmy, że tego nie da się już zepsuć. A jednak. W dalszej części seta, Bekoni zmarnowali aż pięć piłek meczowych. Jak to szło? 'Niewykorzystane okazje się mszczą'? Tak było i tym razem. Środkową partię wygrali 'gdańskie lwy' (28-26), którzy poszli za ciosem wygrywając również finalną partię do 18. Dzięki zwycięstwu, zespół Ariela Fijoła przesunął się w ligowej tabeli na bardzo wysokie - czwarte miejsce, brawo!

MPS Volley – Volley Gdańsk 0-3 (14-21; 15-21; 16-21)

Był czas w Inter Marine SL3, kiedy MPS Volley był bodajże najbardziej grillowaną drużyną spośród całej 52-drużynowej stawki. Wówczas bawiliśmy się nieco słowem wymyślając coraz to nowe rozwinięcia skrótu MPS. Ależ my byliśmy wówczas głuptasami. Jak mogliśmy nie wpaść na to, że prawdziwe rozwinięcie to Mistrzostwo Poprzedzające Spadek Volley. Po tym, co widzimy w obecnej kampanii w wykonaniu drużyny Jakuba Nowaka, taki scenariusz zdaje się być coraz bardziej realny. Frekwencja żenująca. Atmosfera tragedia. Podejście do meczu - jeszcze gorsze. Przecież graczy tej drużyny nie było 10 minut przed rozpoczęciem meczu, a Volley Gdańsk mógł się wówczas zastanawiać, czy mecz nie zakończy się przypadkiem walkowerem. Choć walkowera finalnie nie było, to i tak - konta Volley Gdańsk zostały zasilone trzema bardzo ważnymi punktami. Już na początku spotkania gracze w żółto-czarnych strojach zdominowali swojego rywala, wysuwając się przy okazji na prowadzenie 15-6. Ostatecznie rywalom udało się wyjść z dyszki, ale co tu dużo mówić - niesmak pozostał (21-14). Mniej więcej do połowy drugiego seta, MPS Volley mógł mieć nadzieję na to, że uda im się wygrać tę partię. Przegrywali bowiem zaledwie dwoma oczkami (11-9). Dalsza część seta to jednak wyraźna przewaga trzykrotnych Mistrzów Inter Marine SL3, którzy odskoczyli rywalom, wygrywając finalnie do 15. Na półmetku trzeciego seta - dość zaskakujący biorąc pod uwagę okoliczności, to MPS Volley objął prowadzenie 10-7. W dalszej części po kilku punktach Wojciecha Ingielewicza, Volley wysunął się na prowadzenie 15-13, którego nie wypuścił aż do końca (21-16).

Kraken – MiszMasz 3-0 (21-16; 21-16; 21-16)

Cudu nie było i zgodnie z naszymi prognozami, spotkanie za komplet punktów wygrał Kraken. Nie oznacza to bynajmniej, że dla graczy Jurija Charczuka był to przysłowiowy spacerek. Choć nie do końca wskazuje na to wynik, to już w pierwszym secie Kraken musiał się naprawdę napocić, by 'dobić się do parkietu'. MiszMasz naprawdę mógł się podobać, a dobra gra i liczne kontry utrzymywały tę drużynę w grze. Problemem MiszMaszu we wtorkowy wieczór nie była ich słaba gra. Problemem było to, że po przeciwnej stronie siatki był tak mocny rywal. To co sprawiało jeszcze, że MiszMasz do pewnego momentu toczył wyrównaną walkę to problemy w przyjęciu swoich rywali. Dopiero z czasem, gdy sami zaczęli mylić się w polu serwisowym, rywal zdołał odjechać i wygrać seta do 16. Do końcówki drugiego seta, obie drużyny rywalizowały na bardzo podobnym poziomie, co pokazywała również tablica wyników (15-15). Podobnie jak w pierwszej odsłonie - doszło z czasem do momentu, w którym drogi obu drużyn się ewidentnie rozjechały. Kraken miał mocniejszą końcówkę, a ich rywale popełnili kilka kosztownych błędów. Ot - cała tajemnica wyjaśniona (21-16). Choć wynik trzeciego seta taki sam, to jednak przebieg gry był już nieco inny. Kraken na pewnym etapie seta zbudował sobie kilkupunktową zaliczkę, którą wystarczyła im do spokojnego 'zamknięcia meczu' w stosunku 3-0, brawo!

Wielki Speednet – Dream Volley 2-1 (21-16; 17-21; 21-18)

Cóż - nie byliśmy w ostatnim czasie zbyt mili dla drużyny Dream Volley. Mimo całej sympatii do drużyny nie potrafiliśmy najzwyczajniej w świecie ich okłamywać. Nie chcieliśmy być jak rodzic, który wychwala po rodzinie swojego dzieciaka, choć dwa tygodnie temu na wywiadówce dowiedział się, że jego pociecha jest największym głąbem w całej klasie. Kiedy Dream grał słabo - nie mieliśmy oporów, by to pisać. Kiedy w naszej ocenie ustawili nawigację prowadzącą do trzeciej ligi, to nie będziemy przecież pisać, że walczą o środek tabeli. Fakty były bowiem takie, że do meczu z Wielkim Speednetem, Dream Volley przystąpił z zerowym dorobkiem punktowym i niewiele większymi nadziejami na przełamanie. Początek spotkania rozpoczął się tak, jak można się było tego spodziewać. Zanim się obejrzeliśmy, gracze w różowych strojach prowadzili już 9-2. Choć z czasem Dream zdołał zniwelować ogromną różnicę, to o odrobieniu strat nie mogło być przecież mowy (21-16). Środkowa odsłona to zupełnie inny wymiar. Wreszcie przebudzili się 'Marzyciele', którzy przypomnieli sobie, że wywalczenie awansu z trzeciej ligi wcale nie jest tak prostym zadaniem. Po bardzo dobrym okresie i punktach Jakuba Kołakowskiego, Rafała Żebrowskiego czy wreszcie byłego gracza Speednetu - Tomasza Nurzyńskiego, gracze w niebieskich strojach objęli prowadzenie 14-9. Dalsza część seta to bezskuteczne próby Wielkiego Speednetu na odwrócenie losów rywalizacji. Dream Volley wyciągnął jednak wnioski z meczu z Solver Szach-Mat i tym razem dociągnął prowadzenie do samego końca, zdobywając przy tym pierwszy punkt w sezonie (21-17). Niemal cała finałowa partia to przewaga Wielkiego Speednetu. Pod koniec - przynajmniej na chwilę Dream Volley dość mocno urósł, co pozwoliło im na zniwelowanie strat do jednego oczka (18-17). Końcówka należała jednak do Wielkiego Speednetu, który zanotował czwarte zwycięstwo w sezonie. Strata punktu z ostatnią drużyną ligi sprawia jednak, że wygranej towarzyszy spory niedosyt.

Chilli Amigos – Flota TGD Team 1-2 (17-21; 21-17; 16-21)

Niebawem Inter Marine SL3 będzie obchodziła jubileusz. Jeszcze w tym sezonie dojdzie bowiem do meczu numer 4000. Czemu o tym piszemy? Ano dlatego, że choć widzieliśmy już tak wiele, to pewnych rzeczy przewidzieć po prostu się nie da. W zapowiedziach przedmeczowych wskazywaliśmy na to, że mecz zakończy się kompletem punktów Floty TGD Team. Chyba można tego oczekiwać od drużyny, która rzekomo ma drugoligowe aspiracje, prawda? Tak na nasze to o ten awans będzie trudno. Skoro Flota męczy się - proszę wybaczyć - z beniaminkiem, którego celem jest utrzymanie się w trzeciej lidze, to jak chcę z powodzeniem rywalizować z GKS Żukowo Bekoni, Energą Trefl Gdańsk czy Wielkim Speednetem? Przecież to jest aktualnie jakiś absurd. Chcemy jednocześnie podkreślić, że taka narracja nie jest absolutnie winą Chilli Amigos - mówimy o szerszym kontekście dotyczącym Floty. Choć Chilli Amigos przegrali spotkanie, to wobec poważnych problemów kadrowych uważamy, że zaprezentowali się bardzo dobrze. Pierwszy set padł łupem rywali, ale pogoń 'Amigos' mogła się podobać. W drugim secie rywalizacji, zespół Chilli grał bardzo rozważnie i mocno szanował piłkę, czego nie można było powiedzieć o ich rywalach. To w połączeniu z poprawą wielu innych aspektów dało 'Amigos' prowadzenie 10-7. Mimo że w dalszej części faworyzowany rywal doprowadził do wyrównania po 13, to końcówka seta należała zdecydowanie do drużyny w czerwonych trykotach (21-17). Niesiona własnym dopingiem drużyna Chilli Amigos prezentowała się w trzecim secie świetnie, ale do stanu po 12. Z czasem po punktach Jakuba Klimczaka oraz Tadeusza Jakubczyka, którym wcześniej rozregulowały się celowniki, wysunęli się na prowadzenie 18-12, a następnie zapewnili sobie drugi punkt w meczu (21-16). Tak jak jednak pisaliśmy - nas taka gra absolutnie nie przekonuje.

Bayer Gdańsk – Team Spontan 2-1 (21-16; 11-21; 21-18)

W naszych przedmeczowych wyobrażeniach uznaliśmy, że Bayer Gdańsk nie będzie miał raczej większych problemów z tym, by wygrać spotkanie za komplet punktów. Naszym prognozom nie przeszkadzał fakt, że w obecnej kampanii Team Spontan choć przegrywał, to na ogół zdobywał punkt z faworyzowanym rywalem. Już na początku premierowego seta zarysowała się przewaga 'Aptekarzy', którzy po kilku błędach rywali, wysunęli się na prowadzenie 12-7. Choć pięciopunktowa zaliczka została z czasem roztrwoniona (15-15), to wyraźnie lepsza końcówka 'Aptekarzy' zapewniła im pierwszy punkt w meczu (21-16). Środkowa odsłona to partia, którą Bayer Gdańsk będzie wspominał przez długi okres. Nie chodzi tu bynajmniej o sam wynik - ten raz jest, a raz go nie ma. Większym problemem niż aspekt sportowy była tragiczna wręcz atmosfera w drużynie 'Aptekarzy'. Serio - w wydaniu tej drużyny takiego czegoś jeszcze nie widzieliśmy. Błąd kolegi nie sprawiał, że ten dostawał wsparcie, a burę. Kłótnie, spiny i niesnaski były w zasadzie co każdą akcję. Team Spontan, aby wygrać tego seta, musiał tylko nie przeszkadzać rywalowi w wewnętrznej walce. Tu oczywiście oklaski, bo kłopoty rywala też trzeba umieć wykorzystać, a 'Spontaniczni' zrobili to w bardzo dobrym stylu, rozbijając rywala do 11. Finałowa partia to przebudzenie faworyta, który na półmetku seta prowadził 9-6. Dalsza część seta przypominała to, co oglądaliśmy w premierowej partii. Z czasem Team Spontan doprowadził do wyrównania po 15, ale końcówka meczu należała już do drużyny Damiana Harica (21-18). Tak jak pisaliśmy - zwycięstwo raczej nie zamaskuje tego, co widzieliśmy w środkowej odsłonie.