Za nami ostatni dzień meczowy w czwartym tygodniu rozgrywek. Bardzo dobrą formę potwierdzili wczoraj gracze Merkurego, którzy ograli Volley Gdańsk 3-0 i pozostają jedyną drużyną w elicie bez straty punktu. Ponadto w bardzo ciekawym starciu w czwartej lidze, Only Spikes wygrali 2-1 z Medi Volley. Zapraszamy na podsumowanie!
Sharks – Flota TGD Team 1-2 (21-17; 11-21; 13-21)
W zapowiedziach przedmeczowych wskazywaliśmy na to, że zdecydowanym faworytem starcia pozostaje drużyna Flota TGD Team. Zwróciliśmy jednak uwagę na to, że choć rywal w naszej ocenie będzie miał olbrzymie problemy z utrzymaniem, to jest drużyną, która jest w stanie kąsać faworyzowanych rywali. Nie inaczej było w czwartkowy wieczór. Już początek spotkania pokazał, że nie będzie to dla Floty spacer. Po punktach Yevheniya Melnychuka oraz Bohdana Mukhy, ale przede wszystkim błędach rywali - Sharksi rozpoczęli seta od prowadzenia 8-4. W dalszej części po atakach Kacpra Goszczyńskiego Flota zdołała doprowadzić do wyrównania po 13 i wówczas wydawało się, że od tego momentu będą mieli kontrolę nad setem. Nic z tego. Po dwóch błędach w ataku, Flota przegrywała już 13-16 i nie była w stanie odkręcić niekorzystną dla siebie sytuację, przegrywając finalnie do 17. Oj, duże rozczarowanie. Przebudzenie faworyta nadeszło wraz z początkiem drugiej partii, którą Flota rozpoczęła od prowadzenia 9-3. W dalszej części seta było już 13-4 i wówczas stało się jasne, że 'Rekiny' już tej straty nie odrobią (21-11). Finałowa partia pokazała Flocie, że grając swoją siatkówkę i wykazując nieco więcej cierpliwości i opanowania - rywal nie ma zbyt wielu argumentów. Owszem - początek seta był dość wyrównany (8-8), ale końcówka seta był już popisem drużyny Karoliny Kirszensztein. Samo spotkanie pokazało jednak, że przed Flotą jeszcze bardzo długa droga do drugiej ligi. Tak na nasze, to nie są jeszcze gotowi.
Hydra Volleyball Team – Inter Marine Masters 0-3 (10-21; 13-21; 15-21)
Choć w ostatnim czasie Hydra Volleyball Team prezentowała się całkiem nieźle, to nie mielimy wątpliwości, która z drużyn będzie faworytem spotkania. Już na początku spotkania, Inter Marine Masters odpalił protokół blok, który w całym spotkaniu widzieliśmy mnóstwo razem. Po czterech blokach (!) w początkowej fazie seta, 'Mastersi' wysunęli się na prowadzenie 6-0. W dalszej części tego co by nie mówić - jednostronnego widowiska, zespół Inter Marine ani myślał dać wytchnienie rywalom, na co wpływ miała również świetna gra w obronie oraz z kontry. Oj - to było bardzo mocne granie drużyny w niebieskich trykotach (21-10). Środkowa odsłona rozpoczęła się podobnie jak premierowa partia. Ok - nie po blokach, ale 'Mastersi' po serii ataków wysunęli się na prowadzenie 7-3. Trzeba uczciwie przyznać, że był moment, w którym Hydra mogła mieć nadzieje, na jakąkolwiek zdobycz. Po ataku Łukasza Birunta, zespół w złotych strojach zniwelował stratę do jednego punktu (13-12). Dalsza część seta to jednak popis jednej z najbardziej doświadczonych drużyn w lidze (21-13). Ostatni set rywalizacji nie przyniósł żadnego zwrotu akcji. Choć po punktach Sławomira Kudyby i Szymona Ćwiklińskiego, Hydra prowadziła na półmetku 10-9, to dalsza część seta to popis gry najlepszego gracza meczu - Mariusza Wlazłego. To właśnie po jego atakach 'Mastersi' zapewnili sobie trzeci punkt w meczu (21-15) i w konsekwencji - fotel wicelidera rozgrywek - brawo!
Energa Trefl Gdańsk – Złomowiec Gdańsk 2-1 (21-9; 18-21; 27-25)
Napisać o tym, że był to szalony mecz, to nie napisać nic. Niestandard nastąpił jeszcze przed pierwszym gwizkiem sędziego, gdzie Złomowiec prosił o przesunięcie meczu o kilka minut. Ostatecznie ten rozpoczął się punktualnie i trzeba przyznać, że był to...absolutny koszmar 'Złomków'. Po festiwalu błędów oraz skutecznej grze Trefla, najmłodsza drużyna w lidze wysunęła się na prowadzenie...19-3. Ostatecznie w końcówce Złomowiec zdołał zdobyć kilka punktów i finalnie uniknąć największej kompromitacji w historii 147 występów Złomowca w lidze (21-9). Środkowa odsłona to partia, w której można było odnieść wrażenie, że drużyny zmieniając strony, zamieniły się również koszulkami. Ku naszemu zaskoczeniu to Złomowiec rozpoczął zdecydowanie lepiej (11-4). Choć pod koniec seta prowadzili już 17-10, to nie uniknęli nerwówki. Po dobrym fragmencie Energi Trefla Gdańsk, najmłodsza drużyna w lidze zniwelowała straty do dwóch oczek (19-17). Ostatecznie 'Złomkom' po ataku Michała Suchomskiego, udało się doprowadzić do wyrównania w setach (21-18). Trzeci set to partia, którą oglądało się wybornie. Początek seta rozpoczął się świetnie dla Złomowca, który rozpoczął od prowadzenia 9-4, które z czasem zmieniło się w 16-11. Końcówka seta to szaleńcza pogoń Energi Trefla Gdańsk, która zdołała dopiąć swego i doprowadzić do wyrównania po 19. Końcówka meczu to walka 'łeb w łeb', w której obie drużyny miały swoje piłki meczowe. Ostatecznie po asie serwisowym Rafała Pączka spotkanie wygrała ekipa Energi Trefla Gdańsk (27-25). Wow, co to był w ogóle za mecz. Bawiliśmy się świetnie.
MiszMasz – Flota TGD Team 1-2 (15-21; 10-21; 21-19)
Zgodnie z zapowiedziami przedmeczowymi - MiszMasz wraca do korzeni i po raz kolejny przegrywa spotkanie w stosunku 1-2. Trzeba jednak przyznać, że w czwartkowy wieczór bardzo wiele wskazywało na to, że po raz drugi z rzędu przegrają w stosunku 0-3. Początek spotkania to co prawda wyrównana gra (10-10), ale całkowicie przespany środkowy fragment gry sprawił, że drużyna Floty zdobyła pięć punktów z rzędu (15-10). Takiej przewagi i doskonałego 'momentum' nie dało się po prostu zepsuć, a Flota cieszyła się po chwili z pierwszego punktu w meczu (21-15). Środkowa partia to zupełnie inna historia i bardzo mocne granie faworyta meczu. Już na początku gracze w granatowych strojach wysunęli się na prowadzenie 7-3. W dalszej części zespół Floty nie zdejmował nogi z gazu. Bardzo dobrze sprawował się Tadeusz Jakubczyk, który w secie zdobył aż...siedem punktów. To właśnie po jego dwóch atakach z rzędu, Flota TGD wysunęła się na prowadzenie 18-9 i po chwili mogła cieszyć się z drugiego punktu w meczu. W ostatnim secie wszystko wskazywało na to, że Flota sięgnie po pełną pulę. W drugiej części seta po kilku atakach Jakuba Klimczaka prowadzili bowiem 16-13. Końcówka seta to jednak bardzo dobra gra MiszMaszu, który potrafił wykorzystać słabszy fragment rywali, odwrócić losy rywalizacji i zgarnąć przy tym nagrodę pocieszenia w postaci jednego punktu (21-19).
Tufi Team – Flota Active Team 3-0 (21-14; 21-15; 21-19)
Pamiętacie jak w zapowiedziach pisaliśmy, że nie ma takiej opcji, aby Tufi Team nie zgarnęli w czwartkowy wieczór kompletu oczek? Cóż - zgarnęli, aczkolwiek trzeba przyznać, że wydarzenia z trzeciego seta rywalizacji nas nieco zaskoczyły. Do tego przejdziemy jednak później. Początek spotkania to obraz gry, którego się spodziewaliśmy. Nie minęła nawet chwila, a gracze Pawła Szafrana prowadzili już 7-1. W dalszej części seta - głównie za sprawą atakującego - Illi Nasevicha, Flota skróciła nieco dystans (11-8), ale w drugiej części seta faworyt ponownie odjechał i wygrał tę partię do 14. Do półmetku środkowej partii oglądaliśmy w miarę wyrównaną grę (11-9). Warto przy tym zauważyć, że zadbali o to sami gracze Tufi, którzy popełniali sporo błędów. Dalsza część seta przypominała to, co widzieliśmy już w premierowej odsłonie. Kiedy trzeba było przyspieszyć, zespół Pawła Szafrana to zrobił i w konsekwencji mógł oglądać swojego rywala w lusterku wstecznym (21-15). Trzeci set rywalizacji pokazał, że ok - Flota nie jest i pewnie szybko nie będzie w stanie wygrywać z tak silnymi rywalami. Mimo to zobaczyliśmy w tej partii sporo optymizmu - chyba po raz pierwszy w sezonie. Od samego początku 'underdog' dotrzymywał kroku rywalom i taki stan rzeczy potrwał do wyniku 14-14. Zespół Tufi zdołał odjechać dopiero w końcówce, gdy po atakach Macieja Wysockiego wysunęli się na prowadzenie 20-16. W końcówce Flota podkręciła jeszcze dorobek punktowy, ale o przegonieniu rywala nie było już mowy (21-19).
Craftvena – Audiofon Karczemki 1-2 (18-21; 19-21; 21-15)
Spotkanie pomiędzy Craftveną a Audiofonem było anonsowane jako jedno z najciekawszych spotkań obecnego tygodnia. Wszystko za sprawą wspólnej historii obu ekip. W naszej opinii dość wyraźnym faworytem był zespół z Karczemek, który w obecnej edycji radzi sobie bardzo dobrze. Już pierwszy set rywalizacji pokazał, że wcale nie musi to być takie łatwe, jak nam się wydawało. Premierowa partia miała kilka oblicz. Lepiej rozpoczął faworyt, który chwilę po półmetku seta prowadził 13-8. Z czasem Craftvena zdołała nawet wyjść na prowadzenie (17-16). Ostatnie słowo należało jednak do teamu z Karczemek. Niezależnie jednak od tego, był to poważny sygnał ostrzegawczy (21-18). Środkowa partia wyglądała podobnie. Po ataku byłego gracza Craftveny - Mateusza Rysia, faworyzowany zespół wysunął się na prowadzenie 13-10. Choć po chwili 'Rzemieślnicy' doprowadzili do wyrównania, to po raz kolejny więcej zimnej krwi w końcówce zachował zespół Roberta Mielewczyka. W finałowej partii świeżo upieczony zwycięzca zaczął popełniać jednak koszmarną liczbę błędów. Już na początku Craftvena wykorzystała moment słabości rywali i wysunęła się na prowadzenie 11-6. W dalszej części team w biało-czerwonych barwach nie był już w stanie nawiązać walki i w konsekwencji 'undergod' spotkania wygrał tę partię do 15. To z kolei kolejny już dowód, że trzecia liga, przed którą tyle straszyliśmy wcale nie musi być tak zła.
ACTIVNI Gdańsk – Feniks Gdańsk 2-1 (22-20; 9-21; 21-19)
Oj, wzięło z zaskoczenia. W zapowiedziach przedmeczowych wskazywaliśmy na to, że to Feniks Gdańsk zdaje się być zdecydowanym faworytem. Od pewnego czasu ACTIVNI zaczęli przypominać bowiem długodystansowego biegacza, który w pewnym momencie stracił zapał do biegu i zamiast przełamać niechęć, postanowił zejść z trasy. Od samego początku 'biegu', ACTIVNI prezentowali się jednak bardzo dobrze. Nagrodą za ofensywną i odważną grę było objęcie prowadzenia 9-5. Z czasem Feniks Gdańsk zdołał jednak powstać i po kilku błędach rywali, doprowadzić do wyrównania po 12. Końcówka seta była iście szalona. Najpierw na prowadzenie 20-16 wysunęli się ACTIVNI, ale wygrana nie przyszła oczywiście w pierwsze tempo. Zamiast tego team Artura Kurkowskiego postanowił zadbać o emocje i pozwolił rywalom na doprowadzenia do wyrównania po 20. Ostatecznie o wygranej ACTIVNYCH zadecydowały zagrywki rozgrywających. Najpierw ta zepsuta Natalii Leszman, a tuż po tym as serwisowy w wykonaniu Patryka Dunajewskiego (22-20). Zastanawiacie się jak team, który wygrał pierwszego seta może zagrać tak zupełnie inaczej w środkowej partii? Cóż, nie jesteście sami. Tego się nie da wytłumaczyć. Przewaga Feniksa była widoczna od pierwszej do ostatniej akcji seta, którego gracze Łukasza Dubickiego wygrali z imponującą przewagą dwunastu punktów. Jeśli nie znacie odpowiedzi na poprzednie pytanie, to zakładamy, że na to również nie będziecie znali. Jak Feniks po takim drugim secie mógł przegrać trzecią partię? Początek był dla nich bardzo obiecujący (4-1). Kilkanaście kolejnych akcji to jednak przespany okres, po którym to ACTIVNI za sprawą kilku udanych akcji Macieja Adamskiego wysunęli się na prowadzenie 13-9. Choć Feniks próbował w końcówce wszystkich chwytów - nawet zagrywki 'dołem', to nie był już w stanie odwrócić losów rywalizacji, którą ostatecznie ACTIVNI wygrali do 19. Brawo! W naszej ocenie to naprawdę bardzo duża i niespodziewana rzecz.
Volley Gdańsk – Merkury 0-3 (22-24; 15-21; 13-21)
Po tym jak układały się pierwszoligowe wyniki w obecnym tygodniu, trudno było nam wyobrazić sobie scenariusz, w którym Merkury nie zgarnąłby w czwartkowy wieczór pełnej puli. Taka narracja z każdej strony nie pomagała oczywiście graczom w granatowych barwach. Nie od dziś wiadomo, że czasem łatwiej jest strzelić gola z 20 metrów niż 'dołożyć nogę do pustaka'. Nie chcemy przesadnie deprecjonować Volleya Gdańsk, ale sami wiecie o czym mówimy. Mimo niekorzystnej dla 'żółto-czarnych' predykcji przedmeczowych, team Dariusza Kuny zaprezentował się w czwartek o niebo lepiej, niż miało to miejsce w środowy wieczór. Wpływ na to bez wątpienia miał fakt, że do składu drużyny wrócił MVP drugiej ligi poprzedniego sezonu - Illia Yenoshyn. Pierwszy set był jednocześnie tym zdecydowanie najciekawszym. Choć zespół 'Planetarnych' objął prowadzenie 17-13, po którym wydawało się, że nie spadnie im włos z głowy, to po gorszym fragmencie, czarna tablica wyników wskazywała remis po 19. Końcówka seta to próba nerwów, aczkolwiek trzeba przyznać, że to Merkury, a nie Volley Gdańsk miał co rusz piłki setowe (24-22). Wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego w pierwszym secie, coś pękło w Volleyu. O ile początek mieli rewelacyjny i wysunęli się na prowadzenie 10-5, to im dłużej trwała partia coraz lepiej radzili sobie gracze Piotra Peplińskiego. Końcówka seta i gra od stanu 15-15 to absolutna niemoc Volleya i świetna postawa w bloku graczy w granatowych trykotach (21-15). Trzeci set to w naszej ocenie najmniej ciekawa partia w meczu. Już na początku sporą przewagę wywalczyli gracze Merkurego, którzy nie niepokojeni dowieźli zwycięstwo do końca (21-13).
Only Spikes – Medi Volley 2-1 (22-20; 21-17; 22-24)
Mieliśmy nosa, planując transmisję live na facebooka. W naszej ocenie spośród wszystkich spotkań w czwartkowy wieczór, to właśnie starcie pomiędzy Only Spikes a Medi Volley 'dowiozło' najbardziej. Od samego początku spotkania inicjatywę przejęła drużyna Only Spikes, dla której było to już 56 spotkanie w rozgrywkach. Po ataku aktywnego Andriia Cherniuka, gracze w żółtych trykotach wysunęli się na prowadzenie 10-6. Z czasem - głównie za sprawą Alekandra Dunajewskiego na prowadzenie wysunęli się gracze Medi Volley (15-12). Szarpany set przyniósł nam kolejną - ostatnią już zmianę. Po kilku chwilach gracze w żółtych strojach prowadzili bowiem 19-16 i choć w końcówce zrobiło się nerwowo (20-20), to ostatecznie dopięli swego, wygrywając do 20. Wow - oglądało się to naprawdę nieźle. W drugim secie rywalizacji tempo i temperatura spotkania nieco spadły. Choć do połowy seta 'Medycy' stawiali opór swoim rywalom (10-10), to końcówka seta i bloki środkowego Pawła Naczki oraz wspomnianego wcześniej Andrija Cherniuka zapewniły Only Spikes wygraną drugiego seta (21-17). Finałową partię ponownie oglądało się wybornie i była to ozdoba czwartoligowego grania. Od początku seta żadna ze stron nie zdołała zbudować sobie choćby kilkupunktowej przewagi (5-5; 11-11; 15-15; 18-18). W końcówce po atakach Jana Kalińskiego, 'Medycy' wysunęli się na prowadzenie 20-18. Choć z czasem Only Spikes objęli nawet prowadzenie 22-21, to ostatnie słowo, po bloku Marka Hrycyny, należało do Medi Volley (24-22). Tak po ludzku - co najmniej jeden punkt im się w tym meczu należał. Choć gracze Only Spikes byli bardzo bliscy zwycięstwa za pełną pulę, to mamy wrażenie, że mecz zakończył się jednak sprawiedliwym rezultatem.













Komentarze