Podsumowanie
Napisać, że był to dziwny mecz to nic nie napisać. No bo jak wytłumaczyć to, że Maritex wygrywa pierwszego seta do 13, drugiego przegrywa do 11, a trzeciego ponownie wygrywa do 12? To samo, tyle, że na odwrót można napisać o MiszMaszu. Cóż – trzecia liga – styl życia. Tak jak wspominaliśmy w zapowiedziach, niegdyś obie ekipy rywalizowały w drugiej lidze. Dobre czasy się jednak skończyły i oba teamy wpadły do trzecioligowego piekiełka. Do bezpośredniego spotkania, w lepszych nastrojach przystępowali gracze MiszMaszu, którzy wygrali za komplet punktów z Tiger Team. Wiecie jak to jest, jak się świętuje zbyt długo i zbyt hucznie to po pewnym czasie jest się niemrawym, a na dodatek boli głowa. Oj tak, MiszMasz wyglądał w pierwszym secie, jakby grał na giga-kacu. Choć zaczęło się dość niewinnie (8-6), to po gwoździu Jakuba Wierzejskiego, Maritex prowadził już 17-9 i po chwili cieszył się z pierwszego punktu w meczu. Tym razem to oni się zbyt mocno podjarali, bo parafrazując słowa Felka Andrzejczaka – Maritex nie był już sobą, o nie. MiszMasz zagrał z kolei lepiej w obronie, nie popełniał durnych błędów, miał lepszą skuteczność w ataku i w konsekwencji wygrał do 11. Trzeci set dziwacznego spotkania to ponowne ‘przełożenie wajchy’ na korzyść teamu Michała Pietrasika. Wracając do tego, co napisaliśmy. Mecz był dziwaczny również z tego względu, że w trzeciej partii, gracze Michała Grymuzy postanowili zabawić się w chowanego. Szło im to na tyle dobrze, że serio – bardzo często nie widzieliśmy ich obecności na parkiecie. Ostatecznie partia ta zakończyła się zwycięstwem Maritexu do 12, a całego meczu 2-1.
Ładowanie wyników...















