Za nami pierwszy dzień meczowy w sezonie Jesień '26. W bardzo ciekawym meczu czwartoligowym Feniks Gdańsk okazał się mocniejszy od Siatkersów. Na brak emocji nie narzekaliśmy też w pierwszej lidze, w której Bossman Team ograł Fuxa Pępowo 3-0. Niespodziewany opór w starciu z Sharksami napotkała z kolei ekipa DSGSA. Zapraszamy na podsumowanie!
Feniks Gdańsk – Siatkersi 2-1 (21-18; 21-16; 13-21)
Tak prawdę mówiąc, to chwilę po obstawieniu meczu, na skrzynkę pocztową Redakcji trafiła wiadomość, w której mogliśmy przeczytać opis meczu sparingowego pomiędzy Feniksem, a Siatkersami, do którego doszło kilka dni wcześniej. Ok - to nieco dziwny pomysł, że drużyny umawiają się na sparing, kiedy mają za kilka dni mecz do rozegrania. W każdym razie we wspomnianym meczu to team Łukasza Dubickiego był górą, a to nakazywało wręcz sądzić, że w meczu otwierającym ligowe zmaganie będzie podobnie. I faktycznie - przewaga 'Mitycznego Ptaka' rozpoczęła się tuż po pierwszym gwizdku sędziego. Po asie serwisowym Wojciecha Brzozowskiego, gracze w czarnych trykotach wysunęli się na prowadzenie 8-4. Z czasem Siatkersi złapali jeszcze kontakt (11-10), ale jak się po chwili okazało - był to tylko chwilowy zryw (17-11 - 21-18). Środkowa odsłona była w zasadzie kopią tego, co oglądaliśmy od początku spotkania. To graczom Łukasza Dubickiego udało się narzucić swoje warunki gry i szybko objąć kilkupunktowe prowadzenie (10-5). Po kolejnych problemach z przyjęciem zagrywki rywali, Siatkersi całkowicie oddali pole swoim rywalom, którzy bez większych problemów wygrali tę partię do 16. Trzeci set? Ileż to razy oglądaliśmy taką historię w rozgrywkach? Nie jesteśmy w stanie tego policzyć. W skrócie - po świetnej grze i pewnej wygranej dwóch setów, gracze Feniksa nie zdołali pójść za ciosem. W ich szeregach zrobiło się zdecydowanie luźniej i w konsekwencji - już na początku seta, Siatkersi wysunęli się na pokaźne prowadzenie (8-2), którego już nie roztrwonili (21-13). Pamiętając jednak to, o czym opowiadaliśmy w ostatnim magazynie można się tylko i wyłącznie uśmiechnąć. Ok - być może to 'pierwsze śliwki robaczywki', ale powiedzmy sobie szczerze - Siatkersi nie wyglądali wczoraj dobrze. Za to Feniks zaskoczył nas bardzo na plus - brawo!
Inter Marine Masters 2 – Only Spikes 2-1 (21-11; 19-21; 21-16)
Przed rozpoczęciem spotkania, gracze Only Spikes mogli czuć uzasadnione obawy. Pomimo tego, że w minionej edycji w spotkaniu, do którego doszło 14 kwietnia to gracze Only Spikes byli górą, to przez kilka miesięcy, układ sił się jednak trochę zmienił. Raz, że z ekipy w żółtych strojach odszedł rozgrywający, a team Patryka Łabędzia do samego końca musiał szukać zastępstwa, a dwa - chodziło o sam skok jakościowy ich rywali. W przerwie pomiędzy sezonami, szeregi 'Mastersów 2' uzupełniło kilku graczy, którzy w minionej kampanii z powodzeniem rywalizowali w drugiej klasie rozgrywkowej. Wobec niewątpliwych wzmocnień, zespół w niebieskich trykotach z marszu stał się jedną z drużyn, która jest wymieniana jako ta, która może powalczyć o podium rozgrywek. Siłę zespół Jarosława Garczyńskiego pokazał tuż po pierwszym gwizdku sędziego. Już na półmetku seta po bloku doświadczonego Marcina Karbownika, 'Mastersi' objęli prowadzenie 13-4. Już wówczas stało się jasne, że obie drużyny są już myślami przy drugim secie (21-11). Środkowa partia to zupełnie inna gra. Po kapitalnym wejściu w seta Pawła Naczki, gracze Only Spikes objęli prowadzenie 6-3 i sukcesywnie budowali swoją przewagę. Taki stan rzeczy potrwał do momentu, w którym na tablicy wyników mieli pięciopunktowe prowadzenie 17-12. Sygnał do odrabiania strat dał 'Mastersom' wspomniany wcześniej Marcin Karbownik (19-19). Mimo, że wszystko wskazywało na to, że Only Spikes się po tym nie podniosą, Andrii Cherniuk zapewnił swojej drużynie premierowego seta w sezonie Jesień'26 (21-19). Ostatni set to już dość wyraźna przewaga, którą zbudowali sobie gracze Inter Marine Masters. W naszej ocenie, ich wygrana w tej partii nie była ani przez chwilę zagrożona (21-16). Mimo zwycięstwa, 'Mastersi' mogą czuć jednak pewien niedosyt. Z pewnością 'nie tak' wyobrażali sobie start sezonu.
Medi Volley – Staltest Pomorze 0-3 (10-21; 19-21; 15-21)
No dobra. Znajmy umiar. Choć w ostatnich miesiącach Staltest Pomorze opanował sztukę przegrywania do perfekcji a ich kibice wyrwali sobie już niemal wszystkie włosy, to trudno było nam wyobrazić sobie scenariusz, że we wczorajszym meczu również przegrają. Wiecie - mowa tu o niezwykle doświadczonej drużynie w rozgrywkach Inter Marine SL3, która w czwartej lidze powinna siać terror i spustoszenie. Naprzeciwko nich stanęła z kolei drużyna, która nie ma praktycznie żadnego doświadczenia w lidze, ot, raczej epizody. Wobec tego początek spotkania nie mógł nikogo przesadnie dziwić. Już op kilku wymianach i błędzie na zagrywce Dawida Luedtke, Staltest objął prowadzenie 12-6. Choć Medi Volley nie można było odmówić ambicji, to jednak spora liczba błędów własnych sprawiła, że pierwszy set był jednostronnym widowiskiem. Zdecydowanie ciekawie zrobiło się w środkowej partii, gdzie gracze Jakuba Kupisza byli w stanie postraszyć uznanego rywala. Choć po ataku Roberta Rzoski, faworyt prowadził 16-12, to w końcówce seta po błędach graczy w żarówiastych strojach oraz skutecznym ataku Jana Kalińskiego - Medi Volley wysunęli się na prowadzenie 19-18. Mimo kryzysowego momentu, Staltest zdołał wyjść jednak z opresji obronną ręką, wygrywając tę partię do 19. W ostatnim secie, debiutująca w rozgrywkach Inter Marine SL3 drużyna była w stanie powalczyć, ale tylko do pewnego stanu (14-14). W końcówce Medi Volley postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zaryzykował na zagrywce, co niestety dla nich - nie okazało się zbyt dobrym pomysłem. Ostatecznie Staltest wygrał tę partię do 15, a cały mecz 3-0 i w wymarzony sposób rozpoczyna walkę o powrót do trzeciej ligi.
Kraken Team – Stay Win 3-0 (26-24; 21-17; 21-17)
W ostatnim czasie sporo czasu poświęciliśmy na ocenie potencjału trzecioligowych drużyn. Na tej podstawie uznaliśmy, że Kraken Team wybija się ponad ligową szarzyznę i ma sporo argumentów do tego, by rozegrać najlepszy sezon w historii. A ekipa Tomasza Bobcowa? Cóż - sezon jak sezon, w naszym odczuciu i tym razem miało skończyć się na walce o utrzymanie. Otwarcie sezonu miało pokazać czy nasze predykcje są uzasadnione i cóż - chyba się nie myliliśmy. Zgodnie z przedmeczowymi predykcjami, halę Ergo Arena gracze Roberta Skwiercza opuszczali w doskonałych nastrojach i co najważniejsze - bogatsi o trzy punkty. Jeśli mielibyśmy mówić tu o oporze, to zdecydowanie największy gracze w granatowych trykotach mieli w pierwszym secie rywalizacji. Od samego początku oglądaliśmy bowiem bardzo wyrównaną grę i klasyczną walkę 'łeb w łeb'. Mniej więcej na półmetku seta to graczom Tomasza Bobcowa udało się przełamać zasieki rywala i wysunąć się na prowadzenie 13-10. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy - Kraken Team doprowadził do wyrównania po 14. Dalsza część seta to walka punkt za punkt, która finalnie zakończyła się zwycięstwem Krakena do 24. Jeśli Stay Win miał szukać w poniedziałkowy wieczór punktu, to w naszej ocenie swą szansę zaprzepaścili właśnie w premierowej partii. W dalszej części spotkania uwypukliła się bowiem przewaga drużyny Roberta Skwiercza. Kiedy po atakach skutecznego Michała Kulpińskiego w środkowej fazie drugiego seta zrobiło się 14-9, to wiedzieliśmy już, że tego zwycięstwa Kraken nie wypuści (21-17). Bardzo często po wygranej dwóch pierwszych setów z drużyny schodzi jednak ciśnienie. Kraken Team doskonale zna to uczucie z poprzednich spotkań. Tym razem drużynie w granatowych trykotach udało się jednak zachować koncentrację i w konsekwencji notują oni rewelacyjny początek sezonu.
DSGSA – Sharks 2-1 (18-21; 21-18; 21-14)
Nie no - do pewnego momentu meczu, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ba, zastanawialiśmy się nawet czy nad drużyną DSGSA nie wisi przypadkiem jakaś klątwa. Ilekroć spotykają się bowiem z Sharksami - za każdym razem są ciężary. Tak samo było w pierwszym i drugim secie rywalizacji, a przecież w poniedziałkowy wieczór miało być zupełnie inaczej. Tak przekonywała chociażby Redakcja, która głosiła, że mięso z Rekinów jest już podane do stołu. Jak wyszło? Ano tak, że Sharksi, którzy mieli być absolutnym pewniakiem do spadku zaprezentowali się naprawdę bardzo dobrze. Ok - może trochę dziwić, że mimo tak wysokiej frekwencji, na parkiecie zobaczyliśmy zaledwie siedmiu graczy. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że ci dawali radę. Już w pierwszej części seta, wysunęli się na prowadzenie 10-6. Wówczas 'Bordowi' wierzyli jeszcze, że uda im się odwrócić losy rywalizacji. Choć z czasem doprowadzili do stanu po 12, to prawdziwym koszmarem okazała się dla nich zagrywka nowego gracza w rozgrywkach - Bohdana Mukha (16-13). Choć w końcówce team Michała Farona jeszcze próbował, to pierwszy punkt zasilił konta 'Rekinów'. Środkowa odsłona to partia, w której zdecydowany faworyt zdołał wypracować sobie solidną zaliczkę (14-10). Kiedy jednak 'Rekiny' zaczęły płynąć z prądem - zrobiło się nerwowo (15-15). Ostatecznie skończyło się dla DSGSA wyłącznie na strachu i udało im się doprowadzić do wyrównania w setach (21-18). Ostatni set partia bez większej historii. Set ten wyglądał tak, jak team DSGSA chciałby, aby wyglądał początek spotkania. Cóż - już na początku wielki faworyt traci bardzo cenny punkt, a przecież w obecnej kampanii miało być już inaczej.
Fux Pępowo – Bossman Team 0-3 (27-29; 15-21; 18-21)
Ależ zrobiliśmy podpuchę sporej części Typerów. W zapowiedzi przedmeczowej napisaliśmy bowiem, że gdybyśmy wcześniej wiedzieli o problemach kadrowych, których miał doświadczyć Bossman w poniedziałkowy wieczór, to dalibyśmy inny typ. Ech - bo wiecie co? Naprawdę tak myśleliśmy. Okazało się jednak, że kapitan Jakub Kłobucki miał w rękach niemal całą talię silnych kart. Ba - jeszcze kilka dni temu nad drużyną wisiało widmo walkowera, a ci jak gdyby nigdy nic przyszli w poniedziałkowy wieczór i zgarnęli komplet punktów. Ot tak. Warto przy tym zauważyć, że nie była to łatwa przeprawa, szczególnie w pierwszym secie rywalizacji. Już na półmetku seta, po kilku udanych akcjach byłego kapitana Fuxa – Andrzeja Pipki, który po długiej przerwie wraca do Pępowa – Fux wysunął się na prowadzenie 10-5. Dalsza część seta to gonitwa Bossmana. Choć Fux prowadził z czasem 20-18, to po atakach Kamila Gulana oraz Jakuba Klimika, Bossman doprowadził do wyrównania po 20. Końcowa faza seta to walka punkt za punkt, w której każda ze stron miała swoje piłki meczowe. Ostatecznie po punktach skrzydłowych Bossmana - to oni cieszyli się z wygranej. W drugim secie, podobnie jak i w całym meczu Fux Pępowo miał swoje momenty. Choć to oni lepiej weszli w środkową partię (7-3), to Bossman rozkręcał się z każdą kolejną akcją i na jeden punkt swoich rywali, sami zdobyli ich aż siedem, wychodząc na prowadzenie 10-8. W dalszej części srebrni medaliści sezonu Jesień'24 nie zwalniali tempa i w konsekwencji wygrali pewnie do 15. Trzeci set rozpoczął się od dość mocnego lania, które graczom z Pępowa zapewnili gracze z puszką piwa w logo (11-4). Choć w dalszej części Fux gonił i zbliżył się nawet do rywala, to trzeci punkt w meczu, dający rewelacyjne otwarcie sezonu przypadło Bossmanowi. Brawo - tego to my się nie spodziewaliśmy.













Komentarze